Wycieczka do Californii (po raz wtóry).

Pomiędzy 8 a 11 listopada roku 1999, moja wspaniała firma posłała mnie na skomplikowaną konferencję XML ONE, która miała miejsce w Santa Clara, CA. Korzystając z okazji dopuciłem się wycieczki stowarzyszonej, która swoim zasięgiem objęła spory kawałek Kalifornii. Przejechalimśy w sumie 1600 mil w 3 dni, a zobaczyliśmy różności wszelakie. Zobaczcie sami.
 
 
Takim oto samochodzikiem poruszaliśmy się w trakcie owej wycieczki. Autko typu SUV (Sport Utility Vehicle), a po polsku dżip.Silnik jakieś 4.5 litra, pali to coś 50l/100km. Miało ponoć napęd na cztery koła. Niestety, właściwości jezdne daleko odbiegają od ideału... Grunt, że dobrze się tym jeździło po dziurach!
Ada w przypływie fantazji zaordynowała zakup 30 litrów wody (przecież w końcu mieliśmy jechać na pustynię).
Ameryka, Ameryka. Przy wjeździe do Yosemite kazali zapłacić, więc płacilśmy. W budce wartownika była bardzo ładna i fajna pani, ale jakoś zestrachałem się wycelować do niej z aparatu - zdjęcia więc brak.
W Yosemite (jak to w Ameryce) prawie wszystko da się zwiedzić z auta. Glacier Point to jedno z nielicznych miejsc, gdzie trzeba dojść na nogach. Po 5 minutach marszu, przed nami rozległy się takie oto widoki.
Parking pod Wiszącą Skałą.
Domek w górach.
Szybkobieżna wiewiórka (albo jakieś inne zwierze, ale równie szybkie).
Góry, hej jakie pikne! (...wa mać ...wa mać ...wa mać - z przyzwyczajenia odpowiedziało echo).
Najwyżej położony Łoś na Świecie w Yosemite.
To samo tylko inaczej.
Pocztówka.
Ktoś kiedyś mnie pytał co takiego można zrobić dobrym apratem fotograficznym, czego nie można zrobić głupkiem... Przy okazji, autor zdjęcia przeprasza za niezdemontowanie taniego szkiełka z obiektywu (stąd te odblaski poniżej słońca). 
Pocztówka.
Luksus.
Pocztówka.
et al. Zaraz po zrobieniu tego zdjęcia opuściliśmy Yosemite i udaliśmy się w stronę Doliny Śmierci.
Najwyżej położona przełęcz na Świecie w Yosemite. Oczywiście dostępna dla samochodów (żeby nie było).
et al
Znów tanie szkiełko... Ej, skleroza.
Ada robi Mirkowi zdjęcie.
Pocztówka.
Niechaj wszelkie narody zawżdy pamiętają, że Kalifornia kiedyś była odrębnym państwem.
Pierwszy widok na Dolinę Śmierci. Zaraz po przeprawie przez góry.
Na pustyni zakrętów było niesamowicie dużo.
A teraz skecz o architekturze zatytułowany skecz o architekturze.
Joshua Tree. Bez komentarza.
Macho.
Pod wieczór wybraliśmy się na przeprawę przez góry drogą terenową. Radości było co niemiara. Kurzyło się jak jasna cholera, autem zarzucało na każdym zakręcie, a w dodatku nie mieliśmy dokładnej mapy. Smaczku sprawie dodawał fakt, że już na samym początku wyprawy przejechaliśmy dwa kolejne znaki "Droga Zamknięta". Na szczęście, podróż zaczkończyła się szcześliwie.
Tak wyglądał hotel położony w samej dolinie (zaraz poniżej poziomu morza).
Świt.
et al
Łoś pustynny.
Staczamy się na samo dno. Poziom morza.
Badwater. Biała tabliczka powyżej samochodu jest umieszczona na poziomie morza.
Tutaj widać troszkę lepiej (ubolewam nad tanim szkiełkiem po raz kolejny). Te małe czarne punkciki u podnóżą góry to samochody.
Badwater. Nazwa wzięła się od wody, która jest tutaj... słona (jeżeli wogóle jest).
Devil's Golf Course. Nazwa pochodzi od białych formacji solnych, które powstają na ziemi sposobem naturtalnym (chyba resublimacja).
Nie ma wody na pustyni...
Tu dojechaliśmy.
A tak się pomykało po pustyni.Prędkości czasami przekraczały moje nerwy (jechało się baaardzo szybko).
Kolega Mirosław M. w naszym bolidzie.
Widokówka. Potem już prosto do Santa Clara (do pracy - a fuj!).
Panoramka z Doliny Śmierci.