Powrót

Georgia i Floryda.

Poniżej krótka relacja i wybrane zdjęcia z wycieczki do Savannah i na Florydę. Tym razem obyło się bez latania samolotem, w końcu to tylko mały wypad po okolicy - na Key West i z powrotem.

Ten wyjazd rozpoczęliśmy po tygodniowym odpoczynku (po Californii), w poniedziałek 20 maja. Udaliśmy się do Savannah, gdzie zrobiliśmy mały objazd po samym mieście, następnie spędziliśmy kilka godzin na plaży a jeszcze później odwiedziliśmy Fort Pulaski. Nocowaliśmy w Bruswicku.

We wtorek rano popłynęliśmy promem na Cumberland Island. Jest to bezludna wyspa, na której znajduje się park narodowy, a w nim: przepiękna roślinność, ruiny wspaniałej rezydencji, oraz dzikie zwierzęta. Nam udało się spotkać pancerniki i dzikie konie. Na nocleg zatrzymaliśmy się w Jacksonville.

Kolejny dzień to zwiedzanie St. Augustine - najstarszego miasta w Stanach Zjednoczonych. Podziwiamy historyczne fortyfikacje, malownicze uliczki z najstarszą szkołą w USA oraz przepiękny college.

Dalej nasza trasa wiedzie do Daytona Beach, gdzie plażujemy się na sposób amerykański, czyli jeździmy po plaży samochodem, czasami mocząc koła w nadpływającej fali. Jest dość wietrznie i zanosi się na deszcz. Mimo to Grześ bawi się wyśmienicie. Pożyczył sobie zabawki od innych dzieci, chyba bez pytania, bo on przecież jeszcze nie mówi.

Popołudniem docieramy do Przylądka Canaveral i podziwiamy centrum lotów kosmicznych. Jest nawet spotkanie z prawdziwym astronautą. Przed nocą docieramy do hotelu w Melbourne.

Kolejny dzień rozpoczynamy kierując się w stronę wielkiego jeziora Okeechobee. W zasadzie nie ma tam nic ciekawego do ogladania, wiec dajemy Grzesiowi chwilę aby pobiegał po trawie i wracamy na wybrzeże.

W Palm Beach podziwiamy piękne domy i ogrody, jakie dotąd widzieliśmy chyba tylko w Santa Barbara w Californii. Wszystko doskonale utrzymane, a na każdym kroku widać przepych i fantazję ludzi, którzy mieszkają w tym mieście. Jadąc caly czas trasą A1A dojeżdżamy wreszcie do Miami Beach akurat w momencie, gdy zaczyna się nocne życie tego miasta. Niezliczone tłumy ludzi, głównie młodzieży, bawią się w klubach, dyskotekach, pubach i na ulicy. Przechadzamy się w tym rozszalałym gwarze, zaglądamy do roztańczonych lokali, podziwiamy atrakcyjne, a czasami tylko wyzywające dziewczyny.

Następnego dnia docieramy na sam koniec Florydy, w miejsce, gdzie kończą się wszystkie drogi i mosty, czyli na Key West. Spacerujemy malowniczymi uliczkami, mijamy latarnię i dom Hemingway’a, aż wreszcie docieramy na plażę. Wracając z Key West zatrzymujemy się jeszcze na plaży Sombrero w miejscowości Marathon (mniej wiecej w połowie kluczy), gdyż nie sposób wysiedzieć w samochodzie, gdy dookoła słońce i turkusowy Ocean.

Następnego dnia od samego rana zapuszczamy się w krainę bagien i aligatorów, jadąc trasą nr 41 przejeżdżamy przez sam środek Everglades. Aligatorów nie musimy zbyt długo wypatrywać, są po prostu wszędzie, pływają w kanałach wzdłuż drogi, a nawet leża przy szosie, potrącone przez samochody. Niektóre okazy sa ogromne, około 3 - 4 m.

Przejechawszy całą Florydę ze wschodu na zachód docieramy wreszcie nad Zatokę Meksykańską. Tu rozkoszujemy się wspaniałą pogodą na plaży w malowniczej miejscowości Naples. Jest to najwspanialsza plaża na jakiej dotychczas bylismy – biały piasek, palmy i czysciutka, ciepła woda, praktycznie żadnych fal. Nikt nie chce wychodzic z wody i nawet Grzesiu polubił swoje kółko. Tego dnia nocujemy w Tampie i to jest nasz ostatni nocleg na Florydzie.

W ostatnim dniu już tylko pokonujemy ostatni, ale chyba najdłuższy dystans z Tampy do Atlanty i pełni wrażeń wracamy do domu. Aż trudno uwierzyć, że naszym lekko zdezelowanym samochodem udało nam się przejechać w ciagu tygodnia 2200 mil – prawdziwy sukces!

Powrót