Vancouver.

Nic dodać, nic ująć - po prostu Vancouver, Kanada. Piękne miasto. Jeżeli miałbym kiedyś zamieszkać na kontynencie Amerykańskim na dobre, bardzo bym się zastanawiał nad tym właśnie miastem. Czemu? Nie wiem... Może dlatego, że jest o wiele bardziej bliższe mojemu rodzinnemu Krakowowi, aniżeli dowolne inne miasto, które tu widziałem. Może dlatego, że na ulicach są ludzie. Może dlatego, że tam jest pięknie: góry, jeziora i ocean. Zobaczcie sami.
 
Panorama Vancouver.
Troszkę eksperymentów z przysłoną... Szczerze mówiąc miało być troszkę inaczej (tło miało być bardziej przewietlone), ale efekt jest całkiem niezły. Zdjęcie było oczywiście robione "z palca"!
Eksperymentów ciąg dalszy - w dalszym ciągu scenki z wieczornego Vancouver.
j/w
Tak wygląda Vancouver z góry.
Tu z kolei widać największy dmuchany stadion na świecie (to nie żart, kopuła stadionu z prawej jest podtrzymywana przez powietrze).
Port (jeden z wielu).
Uliczka do zatoki...
Góry za miastem - zazdroszcze :-)
Ada, Kasia i Jarzębina.
Od prawej: Kasia i Łoś.
Moja żona, Kasia.
j/w (z tego zdjęcia jestem dumny).
Kasia i Gastown, czyli moja żona w starej dzielnicy Vancouver.
Scena jak z Matrix: "they are everyone and they are no one".
Blok, taki normalny. Zupełnie jak w domu (aż mi się łza w oku zakręciła).
j/w
Powoli opuszczamy Kanadę.
Tuż za granicą, nad oeanem - Kasia i Łoś.