Wycieczka do Washingtonu (ale nie D.C.) i Oregonu.

Jak powszechnie wiadomo, w Ameryce pracuje się cieżko i dużo. Urlopów mało. Na szczęście są tubylcze święta, które przeważnie owocują jednym lub dwoma dodatkowymi wolnymi dniami. Tym razem wycieczkę udało nam się przeprowadzić w święto pracy (Labor Day). Polecieliśmy do Protland, OR, gdzie pożyczyliśmy autko i zdrzemnęlimy się jedną noc. Cały następny dzień biegaliśmy po górkach (Mt. St. Helens i Mt. Rainier). Spanie było z przygodami (nie było dla nas miejsca w Port Angeles, więc musieliśmy się biedaki wracać daleko, daleko, aż do Bremerton. Następnego dnia rano przepłynęliśmy promem do Everett i pojechaliśmy autostradą numer 5 na północ do Vancouver, Canada. A co tam się działo, to już zupełnie inna historia.
 
Kasia na tle groźnego wulkanu, który ostatnio zadymił w roku 1980.
Łosiaczki z górami w tle.
Te "zapałeczki" to drzewa przewrocone i spalone podczas wybuchu wulkanu.
Taras widokowy. Podziwiamy krajobraz, który składa się głównie z pyłu wulkanicznego i rzeki, która mozolnie rzeźbi sobie w nim koryto. 
A to już lodowiec na górze Mt. Ranier.
Zza chmur wyłania się szczyt góry. 
Zdjęcie artystyczne: góra, chmura, biały śnieg, a na drzewie rośnie mech...
Kolejne zdjęcie artystyczne. Nadaje się na widokówke.
Kasia studiuje mape: "Jak my znajdziemy droge do domu? Robi się ciemno, a w lesie czyhają na nas dzikie zwierzęta".
Łosiek pociesza Kasię: "Nie martw się, ja cie obronie. A poza tym, tu nie ma dzikich zwierząt".
"Jak to nie? Więc co tu robi ten jeleń?"
"No... Chyba wyszedł na spacer."
"Co wy tam wiecie. Nie na spacer, tylko na kolację. Nie dadzą spokojnie zjeść. Turyści!"
Tak sie wymądrzał ten jeleń, że poszliśmy fotografować kwiatki...
...i grzyby. Prawdziwe prawdziwki.
Ada zaklęta w kamieniu. Ta dziura nie zrobiła się pod jej ciężarem. Naprawdę była tam już wcześniej.
W środku lata natknęlimy się na łatkę śniegu. Bitwa na śnieżki nie była fair play, bo Mirek wciąż wsypywal śnieg za kołnierz Ady. A siły nie były wyrównane.
Następne dzikie zwierzę. To się przynajmniej nie wierciło, tylko grzecznie pozowało do zdjęcia.
My też grzecznie pozowaliśmy, żeby się znaleźć na tej stronie.
Stoimy w kolejce i czekamy na wjazd - na prom - na drugą stronę zatoki - bo tak jest na skróty.
Wsiadamy do auta, bo zaraz odjazd.
Na promie strasznie wiało.
A prom płynął tak szybko, że aż sie za nim... robiły wielkie fale.
W środku nie urywało głowy, a widoki były równie urocze. 
Taki prom to bardzo pożyteczny wynalazek. Można przepłynąć na drugi brzeg nie zamoczywszy łódki.
Widokówka.
Odważna łódka. Nie bała się wody i w nagrode jest na widokówce.
Dobijając do brzegu obijaliśmy sie o takie odbojniki.
Drugi brzeg czyli Everett.
Kolejny naprawdę ładny widok. W końcu jechaliśmy trasą widokową.